Nowelizacja Studium Uwarunkowań i Zagospodarowania Przestrzennego oraz wydany nieoficjalnie zakaz dzielenia działek w Świerku wywołały burzę wśród mieszkańców. Nie chcą więcej śmieci. Czy Otwock jednak planuje siłą pozyskać tereny na rozbudowę wysypiska?

Burza w internecie, nie mniejsza wśród mieszkańców, ale w Radzie Miasta jakoś cicho. Tam nikomu nic nie przeszkadza, a jedyny z radnych podnoszący głos sprzeciwu jest publicznie dyskredytowany przez przewodniczącą. Tak wygląda demokracja w Otwocku. Uwagi do kontrowersyjnego Studium można było składać do wtorku, 21 lipca br. Pojawiła się petycja – uwaga do projektu stworzona przez radnego Ireneusza Paśniczka, z prośbą, by inni drukowali ją, podpisywali się i przekazywali do magistratu. Ale pani Kwiek, przewodnicząca Rady Miasta w swoich oświadczeniach, choć nie zakazywała wprost, to lekceważyła formę petycji wskazując, że każdy zainteresowany uwagi powinien składać osobno. Zainteresowani odbierają to jako zwykłe mydlenie oczu, odrywanie od prawdziwego problemu śmieci, a wszelkie tłumaczenia, jak i sam dokument jest wg. nich „odklejony od rzeczywistości jak znaczek pocztowy na deszczu”.

Kolejne kontrowersje wzbudza nieoficjalny zakaz dzielenia działek i ich dalszej sprzedaży. Akurat miasto nie powinno ingerować w cudzą własność, a część mieszkańców Świerku tak to właśnie widzi. -Wywłaszczą nas jak tych przy nowej szosie. Co z tego że dadzą pieniądze, jak stracimy naszą własność, a cała okolica zdrowie potraci. Śmiecić będą i truć bardziej niż teraz – mówi nam pani Janina, mieszkanka Świerku. Monika Kwiek, przewodnicząca Rady Miasta w swoich komentarzach w internecie mówi coś zupełnie innego – że to nie rozbudowa, ale wręcz zmniejszenie powierzchni o ok. 10 ha. Zmniejszenie istniejącej powierzchni, czy rozbudowywanej? O tym jednak nie wspomina.


Czy zmiany w Studium zagospodarowania mają związek z projektem Ministerstwa Klimatu, które chce (tymczasowej) rozbudowy składowisk śmieci?
W 2016 roku weszła w życie ustawa zakazująca składowania tzw. Frakcji kalorycznych, a więc wszelkiego rodzaj opakowań foliowych i innych odpadów, które nie podlegają biodegradacji. Przed 2016 rokiem można było takie odpady składować albo spalać. Teraz dopuszczalna jest utylizacja wyłącznie w spalarniach. Ilość tych odpadów jest olbrzymia – stanowią od 5 do nawet 15% wszystkich śmieci komunalnych. Zakaz miał na celu skłonienie gmin do wdrożenia jeszcze wydajniejszych procedur selekcji odpadów, by jak największa ilość mogła być przetwarzana. Tymczasem rezultaty są mierne, albo i żadne. Wysypiska rosną bo spalarnie są nieefektywne, a zakłady wykorzystujące odpady kaloryczne wolą korzystać z wydajniejszych źródeł.

Według rządu bez odblokowania możliwości składowania odpadów kalorycznych nie ma szans na dalsze reformy i inwestycje. Po zmianach samorządy będą miały alternatywę: zamiast je spalać, będą mogły skierować je na składowisko po znacznie niższych cenach.

-Dziś kształtują się one na poziomie 350-450 zł - mówi w rozmowie z portalem biznes.interia.pl Hanna Merliere, dyrektor zarządzająca Green Management Group. Wyjaśnia też, że składa się na to opłata marszałkowska (270 zł) i koszty obsługi składowiska wraz z wydatkami na rekultywację (100-200 zł).

-Składując je, choć to najmniej pożądana forma zagospodarowania odpadów, wiedzielibyśmy przynajmniej, co się z nimi dzieje. Ukróciłoby to nielegalne praktyki, które dziś rzutują na uczciwych przedsiębiorców - wyjaśnia Jacek Ozdoba, wiceminister klimatu odpowiedzialny za wdrożenie reformy.

Czy tak rzeczywiście będzie? Tu zdania są podzielone. Piotr Szewczyk, przewodniczący Rady Regionalnych Instalacji Przetwarzania Odpadów Komunalnych (RIPOK), uważa, że na spadek cen dla mieszkańców nie ma co liczyć, ale jest szansa na zatrzymanie wzrostu opłat.