Po „Słodkiej Wiśle” i „Słodkim Bałtyku” przyszedł czas na kolejną wyprawę znanego nam już dobrze podróżnika-cukrzyka. Lada moment, Andrzej Michalik wyruszy w pieszą wędrówkę z północnego na południowy kraniec Polski. To kolejna wyprawa na której przydadzą się silne nogi, ale i „mocna głowa” - wędrowiec pokona samotnie aż 700 km. Planowana podróż ma być kolejnym dowodem na to, że pomimo przeciwności losu – marzenia się spełniają.

Po ostatniej wyprawie mówiłeś, że zrobisz sobie rok przerwy zanim podejmiesz kolejne wyzwanie. Zmieniłeś zdanie. Czy to znaczy, że podróże uzależniają?

Absolutnie tak. Po „Słodkim Bałtyku” było dużo bólu. Byłem naprawdę zmęczony. Postanowiłem więc zrobić sobie dłuższą przerwę. W przeciągu miesiąca jednak ból zniknął, a ciało i głowa zaczęły tęsknić za wysiłkiem. Wróciłem na siłownię, ale treningi pozbawione celu wydawały się bez sensu. Zatęskniłem za rytmem przygotowań. Szybko zmieniłem zdanie – podjąłem decyzję o kolejnej wyprawie.

I znowu w Polskę…

Tak, bo nasz kraj jest przepiękny. Poznałem tajemnice Wisły i uroki polskiego wybrzeża. Tym razem zobaczę miasta i wsie. Przejdę samotnie 700 km z północy na południe Polski. Zacznę od najdalej wysuniętego punktu na północ, czyli od Przylądka Rozewie, a zakończę na Zakopanem.

Kiedy wyruszasz i jak długo będziesz szedł?

Wyjazd na miejsce startu zaplanowałem na 14 sierpnia. Ruszam następnego dnia. Wędrówka powinna mi zająć ok. 3 tygodnie, daję sobie jednak półtora tygodnia zapasu. Różne rzeczy mogą się wydarzyć. Mam jednak nadzieję na zakończenie swojej wyprawy górskim akcentem – nie chciałbym finiszować na Krupówkach, ale na jakimś szczycie, być może na Giewoncie.

Jakie miejscowości miniesz po drodze?

Będę szedł w miarę możliwości w linii prostej. Na mojej trasie są takie miasta jak Tczew, Grudziądz, Włocławek, Łódź, Piotrków Trybunalski, czy Kraków.

Jak już wspomniałeś, przygotowujesz się właściwie cały rok. Jak wyglądają twoje treningi?

Żeby od razu się nie przeforsować, zacząłem od lekkich treningów na siłowni. Od stycznia włączyłem spacery, z każdym tygodniem zwiększałem ich częstotliwość i dystans. Kiedy zrobiło się cieplej, dołożyłem rower i chód pod górkę (raz w tygodniu). Od kwietnia, prawie do samej wyprawy – 2 treningi dziennie, 6 dni w tygodniu. Przed samą wyprawą – kilka dni regeneracji.

Czego wymaga ta wyprawa od ciebie? Poprzednie wymagały świetnej kondycji, przygotowań logistycznych, a co tu jest najważniejsze?

Bardzo ważne okazało się właśnie przygotowanie logistyczne. Musiałem wymienić część ekwipunku, wyrzucić parę rzeczy, kilka rzeczy nabyć. Kluczowym elementem przygotowań było opracowanie trasy. W przypadku Bałtyku sprawa nie była zbyt skomplikowana – w gruncie rzeczy cały czas szedłem wzdłuż brzegu. Tutaj jest inaczej. Oprócz tego, że dokładnie rozplanowałem trasę, zaopatrzyłem się w przydatne aplikacje nawigujące. Dla spokoju myśli, zrobiłem też różne badania, żeby zobaczyć czy nie brakuje mi jakichś witamin itd.

Jaki dzienny dystans zamierzasz pokonać?

Pierwsze trzy dni będą rozbiegowe. Później planuję robić ok. 40 km dziennie.

Zaskakujące! To prawie tyle samo, co na Bałtyku po piachu.

To prawda. Na Bałtyku wychodziło mi 30-40 km dziennie. Tu teoretycznie powinno być łatwiej, ale życie to zweryfikuje. „Twardy grunt” też może dać się we znaki stawom.

A co z noclegiem?

Oczywiście biorę ze sobą namiot. Nie wszędzie jednak rozbicie namiotu będzie możliwe. W większych miastach będę szukał kwatery, hotelu albo też miłych ludzi którzy mnie przenocują. Poprzednie wyprawy pokazały mi, że nie brakuje pomocnych osób które bez żadnej obawy, wręcz z wielką serdecznością są w stanie ugościć obcego człowieka.

Jak się ma twoje zdrowie? Właściwie cały rok jesteś w ruchu, co na to twoja choroba?

Cukrzyca jest opanowana. Nie zaskakuje mnie. Oczywiście nie znaczy to, że mogę ją lekceważyć. Działa tu zasada ograniczonego zaufania. Dobrze znam tę moją koleżankę, ale w dalszym ciągu ją kontroluję. Podczas przygotowań i samych wypraw mierzę cukier dużo częściej niż na co dzień.

Powtarzasz, że cukrzyca to nie wyrok. Jak zrobić ten pierwszy krok? Cukrzyków na pewno interesuje to, jak zaczynałeś swoją przygodę z aktywnością fizyczną.

Żeby zacząć cokolwiek robić, dobrze jest mieć jasno sprecyzowany cel, np. chcę zrzucić 10 kilo, a nie na zasadzie – muszę trochę zgubić. Kiedy mam już konkretny cel, dobieram do niego środki. Jeśli nie umiem sam tego zrobić – nie boję się pytać. Jeśli nie wiesz jak zacząć, skonsultuj się z doświadczoną osobą. Ta zasada działa nie tylko w przypadku wyzwań sportowych, ale w każdym innym przypadku.

Cel: motywowanie innych do aktywności. Środki: pokazanie na własnym przykładzie, że można. Czy tak?

Dokładnie. Chcę, aby moje wyprawy były budujące nie tylko dla mnie, ale i dla innych. To moja wielka motywacja.

Są już jakieś rezultaty?

Dostaję wiele sygnałów, maili, wiadomości od ludzi, którzy mówią, że dzięki temu co robię wyszli z domu, zaczęli działać. I to nie tylko od osób chorych, ale w ogóle od ludzi którzy do tej pory nie byli zbyt aktywni.

Co zyskujesz dzięki tym wyprawom? Co cię najbardziej cieszy?

Wszystko – wysiłek, zmagania, osiągnięty cel, radzenie sobie z trudnościami, obcowanie z przyrodą, duma najbliższych, to że komuś pomogłem. Wszystko to mnie napędza i bardzo cieszy.

Masz poczucie spełnienia?

Czy spełnienia? Ciężko powiedzieć. Na pewno jestem dumny z tego, co do tej pory udało mi się osiągnąć. Oczywiście, są podróżnicy, którzy zrobili dużo więcej niż ja, w tym osoby chore. Podziwiam je i kibicuje. Nie boję się jednak powiedzieć, że jestem z siebie dumny. To wszystko sprawia, że chcę więcej, nie spoczywam na laurach – idę dalej.

Jakim hasłem tym razem opatrzyłeś swoją wyprawę?

Teraz będą to „Słodkie punkty”. Miejmy nadzieję, że każdy z nich „odhaczę” z wielką radością.

Gdzie możemy śledzić twoje poczynania?

Głównie na facebooku. Zapraszam wszystkich na moją nową stronę „Andrzej Michalik Słodkie Wyprawy”!

Rozmawiała: Martyna Kędziorek/fot. archiwum prywatne