Piłkarski Otwock wiązał z nim wielkie nadzieje. Michał Zapaśnik grywał w kadrach Mazowsza, w młodzieżowych reprezentacjach Polski rywalizował – i to z powodzeniem - z samym Robertem Lewandowskim. Wiele czynników wpłynęło na to, że jego kariera nie potoczyła się tak jak mogła. Dziś wykorzystuje swoje doświadczenia w pracy z dziećmi klubie Champion Otwock.

Znalazłem niedawno w Internecie skład reprezentacji Polski z meczu z Izraelem eliminacjach Mistrzostw Europy do lat 19. Ty jesteś, a nie ma na przykład Twojego rówieśnika, Roberta Lewandowskiego.
Michał Zapaśnik: Było nas wtedy w kadrze 20 zawodników a do Izraela mogło jechać tylko 18. Liczyłem się z tym, że ja wypadnę, a wypadli Grzegorz Goncerz i… Lewandowski.

Dziś wydaje się to śmieszne.
Moim zdaniem był wtedy bardzo dobry, ale trenerzy podjęci decyzję. Faktycznie, brzmi to zabawnie. Przecież nie mówimy o dzieciach a zawodnikach 19-letnich.

A więc już pewne rzeczy powinno być widać, choćby to kto ma szansę na wielką karierę.
Tak, choć wtedy tego nie wiedziałem, bo nie patrzyłem na to w sposób profesjonalny. Trochę rywalizowaliśmy, trenowaliśmy wspólnie. Poza tym rywalizowaliśmy w kadrze Mazowsza, on był powoływany z Varsovii ja z OKS Otwock. Potem trenerzy stawiali na mnie a jego pomijali. To też pokazuje jaka jest piłka. Bobek - tak na niego wtedy mówiliśmy - był drobny i niepozorny, ale miał wiele cech, które pokazywały, że może grać na wysokim poziomie. W piłce oprócz dobrej gry musi być też spełniony szereg innych warunków. Drużyna „odpala”, trener na ciebie stawia, znajdujesz się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

A ty się nie znalazłeś?
Chyba nie. Może miałem ten swój moment, ale kilka rzeczy nie wypaliło. Chyba przede wszystkim zabrakło mi świadomości. „Otwocka mentalność” wzięła górę. Poszedłem tam do Lubina i znalazłem się w innym świecie, był to niesamowity przeskok jeśli chodzi o metody szkoleniowe, podejście do treningu. Z drogi powiatowej wjechałem na autostradę. Kiedyś poszliśmy na trening indywidualny. Rozciągamy się i pytam trenera: „A pan to kiedyś w ogóle grał w piłkę?”. Następnego dnia czytam w gazecie, że „młody piłkarz Zapaśnik zapytał Adama Fedoruka, czy kiedykolwiek grał w piłkę”. A Fedoruk to był wielokrotny reprezentant Polski, były zawodnik Legii. Ale jeszcze nie z czasów gdy interesowałem się piłką.

Przyjmijmy, że miałeś prawo go nie znać. Jednak na początku grałeś w drużynie Młodej Ekstraklasy, czyli w bezpośrednim zapleczu pierwszego zespołu i strzelałeś bramkę za bramką. W takim najlepszym okresie w 13 spotkaniach trafiłeś 11 razy i przełożyło się to na debiut w Ekstraklasie. Momenty były.
Tak, trenowałem z pierwszą drużyną, byłem z zespołem, który zdobywał mistrzostwo Polski. Zadebiutowałem w Ekstraklasie. Graliśmy w Zabrzu z Górnikiem i pamiętam, że na ławce rezerwowych siedzieli Michał Chałbiński, Piotr Włodarczyk a wszedłem ja. Naprzeciwko Michał Pazdan, Jerzy Brzęczek. Było dużo stresu.

Trochę tych nazwisk się przewinęło. Grałeś też z Łukaszem Piszczkiem.
Ale to było sezon wcześniej. Łukasz był fenomenem pod względem fizycznym. Ale wtedy grał w ataku, dopiero z czasem został prawym obrońcą.

Ty też mogłeś…
Trener Rafał Ulatowski stwierdził, że mam do tego parametry i bardzo chciał mnie przestawić na bok obrony ale broniłem się rękami i nogami, chciałem być zawodnikiem ofensywnym. Kto wie, może straciłem w ten sposób swoją wielką szansę.

Tego się nie dowiemy, ale na pewno mogło być więcej tych minut w Ekstraklasie?
Pewnie tak, ale klub został zdegradowany karnie i wszystko się posypało.

Patrzę na skład naszej drużyny z EURO 2016, więc tej najlepszej polskiej kadry z ostatnich 30 lat. Kilku chłopaków grało w tamtej młodzieżówce, nie tylko Lewandowski, ale Grosicki, Glik. Byłeś blisko tej wielkiej piłki.
Nawet patrzę na tamten skład, był tam taki Arek Ryś, środkowy obrońca. Nie zrobił kariery a wtedy prezentował się lepiej niż Kamil Glik. A w ich karierze jest przepaść na korzyść Glika.

Jeden pociąg skręca w lewo, drugi w prawo. Ale Twój wcale nie skręcił tak źle.
W sumie racja. Trafiłem do Zagłębia, więc ta kariera podążała w dobrą stronę. Ale tam na miejscu zorientowałem się jakie mam braki. Nigdy nie nauczyłem się zwodów, takich jak teraz uczymy dzieci. Takich umiejętności typowo piłkarskich. Była wtedy zupełnie inna świadomość. Choćby dziś patrzę, mamy treningi mentalne. Kto wtedy o czymś takim myślał?

Wy macie w klubie, ale dziś to też nie jest standard w szkoleniu młodzieży.
Ok., ale w piłce masz dziś cztery nogi. Motoryka, technika, rozumienie gry, mentalność. I ta mentalność to jest coś niezwykle ważnego. Tego też mi zabrakło. Dziś, mając 30 lat, wiem co mnie stopowało, nie pozwoliło mi wejść na wyższy poziom. I ta świadomość pomaga mi też w pracy z dziećmi. Dopiero z czasem zorientowałem się, że wiele rzeczy zbyt łatwymi przychodziło. Zaczynałem grać w OKS-ie u trenera Jerzego Olszewskiego jako 9-latek. Wcześniej graliśmy tylko z kolegami. Poszliśmy grupą kumpli ze szkoły numer 6 i mi się spodobało. Może dlatego, że byłem bardzo dobry. Szybko zacząłem grać z drużyną trenera Macniewa, a więc z chłopakami o dwa lata starszymi.

Co to znaczy, że zbyt łatwo przychodziło?
Byłem mocny fizycznie, szybki, czasem wystarczył mi jeden zwód, żeby zrobić przewagę. Wyróżniałem się wtedy na Mazowszu i nie widziałem aż takiej potrzeby doskonalenia się. Skoro dobrze idzie to po co to komplikować. Tak samo z grą lewą nogą. Nie trenowałem jej, bo zabrakło mi świadomości. A dziś wiem, że bardzo mnie to ograniczało. Boisz się zejścia na słabszą stronę, stajesz się bardzo przewidywalny. Jak dochodzisz do poziomu profesjonalnego, gdzie masz minimalne różnice motoryczne, to wtedy takie detale robią wielką przewagę. Dlatego dziś kładę ogromny nacisk na słabszą nogę.

Podążasz drogą w poszukiwaniu straconego czasu.
Tak, sam potrzebowałem lat, żeby zrozumieć ważne rzeczy. Teraz chciałbym, żeby młodzi piłkarze, których prowadzę, nie popełniali podobnych błędów.

Technika, mentalność – to wszystko ważne. Ale u ciebie zawiodło też zdrowie.
Oczywiście, ale tu już wiele nie mogłem zrobić. Trzy poważne kontuzje w kluczowych momentach kariery dołożyły swoje. Pierwszą operację miałem jako 20-latek, było to w czasach gdy grałem na wypożyczeniu w Dolcanie Ząbki, w I lidze. Z tego co powiedział mi wtedy Darek Dźwigała, pojawiło się zainteresowanie kilku klubów, ale nie chciał zdradzać szczegółów. Mój menedżer, Mariusz Piekarski, zaczął dzwonić z większą częstotliwością. Pojechaliśmy na konsultację kadrą młodzieżową, graliśmy z rezerwami Legii. W 3. minucie zostałem sfaulowany. Poczułem straszny ból, na kolanie wyrósł mi balon. Zerwane więzadło krzyżowe i kilka miesięcy przerwy… Miałem trzy operacje, ale było tych kontuzji znacznie więcej, wielokrotnie zrywany staw skokowy i kolejne przerwy. No cóż, szczęścia zabrakło. Zrobiłbym tu analogię do katastrofy samolotu. Wiele różnych czynników składa się na końcową tragedię.

Patrzyłem niedawno jak prowadzisz zespół podczas wygranego przez Championa turnieju Deichmana. Niektórzy rodzice pytali: „Dlaczego tamten trener krzyczy, żyje meczem, a nasz nie?”.
-Takie mamy podejście w akademii, ale to też jest efekt tego co przeszedłem. Widziałem wielu chłopców, którzy pozbywali się piłki, bo bali się reakcji trenera. Staramy się podpowiadać w trakcie tygodnia, jak najmniej ingerować w trakcie meczu, ewentualnie coś podpowiedzieć przerwie. Krzyk, który zwykle wynika z presji na wynik, może przynieść jedynie negatywne skutki. Zabija kreatywność, decyzyjność zawodników. Miałem całą masę trenerów, którzy zamiast motywować deprecjonowali. Cisnęli po słabym zagraniu. Apogeum było chyba już seniorach, w Polonii. Tam, jeśli zrobiłeś jakieś błędy, w następnym meczu nie byłeś kadrze. Atmosfera nie była zbyt dobra. Jak rodziło mi się dziecko, nie pozwolili się spóźnić na zbiórkę. Dorabialiśmy klucze do siłowni, żeby dodatkowo trenować. Zawodnicy po cichu wynosili worki z piłkami, żeby trenować. Gdyby to się wydało, byłyby kary. Takie podejście nie pomaga dorosłym a co dopiero dzieciom. W Polonii doszły do tego dramatycznie słabe treningi i już na początku sezonu przeczuwaliśmy, że może się to źle skończyć..

Miałeś niedawno możliwość, żeby jeszcze pograć na wysokim poziomie, w I lidze, w Puszczy Niepołomnice.
Byłem już zniechęcony po okresie po tym co działo się w ostatnich latach.

Problemy z regularnymi wypłatami?
W moim ostatnim klubie, Huraganie Wołomin, mieliśmy zaległości sięgające 4 miesięcy, za 2 ostatnie nie dostaliśmy pieniędzy. Ale może nawet bardziej chodziło o to co było w Polonii Warszawa. To był okres wyniszczający psychicznie. Ale też założyłem rodzinę. Zmieniły się priorytety.

Rozmawiał Marek Wawrzynowski